Nieporozumienie na brzegu szamba

Coraz bardziej zjednoczonej opozycji winien jestem znów słowa szczerej odrazy, a tym razem może nawet nienawiści. Dotychczas stroniłem od kategorii emocjonalnych i wciąż nie uważam za właściwe mieszanie ich z wątkami politycznymi. Niestety awangarda polskiego społeczeństwa obywatelskiego jest tak nieprzejednana w swoim bankructwie i tak skuteczna w pozowaniu na dziecko specjalnej troski (od której to życzycie sobie do usranej śmierci odcinać kupony), że cholera bierze nawet mnie.

Dawno temu, jeszcze pod koniec lat ’90, gdy zorientowałem się czym jest posttransformacyjna Polska i postanowiłem przeciwstawiać się rozlicznym patologiom III RP, ktoś powiedział mi, że lamentuję ponad miarę. Nie pamiętam niestety kto to był, ale też nikt ważny, czy liczący się w ówczesnym środowisku. Pamiętam jedynie, że kontekstem były jakiejś rozmowy o klerykalizacji kraju pod batutą “Gazety Wyborczej” i bezsilność nas, antyfundamentalistów. Mój rozmówca próbował uświadomić mi wówczas, że moje zdenerwowanie jest nieproporcjonalne, gdyż ja akurat nie muszę chodzić do kościoła, słuchać tych głupot, nie muszę liczyć się ze zdaniem tego czy innego klechy, stać mnie na wyjazd aborcyjny, mogę obracać się w środowisku o dowolnie dobranej kompozycji genderowej czy profilu ideologicznym, mogę wyjechać sobie do pracy za granicą; słowem mogę robić co chcę i kościół święty, matkę Waszą mogę mieć tam gdzie mam. Ten bowiem jest prawdziwym wrzodem tylko dla dosłownie garstki, stosunkowo uczciwych katolików, którzy po prostu wiedzą, że to jest obłęd, ale z powodu swojej afiliacji przy tym akurat rodzaju wiary muszą nieść ten krzyż i to czynią pogrążeni w rozterkach i cierpieniu.

Dzięki nowemu pokoleniu zawodowych obywateli wiedzionych troską o praworządność dopiero zrozumiałem przesłanie tamtej rozmowy. Dziś, to ja muszę konfrontować się z rozlicznymi idiotyzmami wypowiadanymi z ambon różnych demokratycznych i lewicowych świątyń i po blisko dwóch latach mam już dość. Mam wrażenie, że uratować może mnie już tylko jakiś osobny, nawet mały ruch. Starałem się podchodzić do tego maksymalnie asertywnie. Obsesje, nieudolność i oportunizm zbywałem facepalmami. Teraz jednak, gdy rządzący spowodowali nawet u mnie chęć wystąpienia w obronie tzw. liberalno-demokratycznego państwa prawa, które, ogólnie biorąc, ma dla mnie wartość polityczną podobną jak demontujący je minister Ziobro, Wy robicie wszystko, by ludzie zachowujący w tym szaleństwie jakieś standardy uczciwości czuli się jak niepotrzebni outsiderzy. Osobiście szukałbym sobie innej roli w warunkach gasnącego światełka niektórych obywatelskich swobód, ale każdy ma prawo do swoich wyborów.

Nie dość, że wielcy opozycjoniści owinięci w płaszcz sympatii „całego cywilizowanego świata” niczego poza umocnieniem obozu rządzącego nie osiągnęli, to jeszcze ludzi szczerych w swej antysystemowości doprowadzają do białej gorączki. Bo wszak PiS nie jest niczym innym jak tylko kolejną systemową kulminacją.

Polecam, poza antydepresantami, brać też coś na pamięć. Puk, puk! Lewico! Demontaż i niszczenie państwa w podobnej skali już raz przeżywaliśmy, za czasów charyzmatycznego premiera Buzka. Po wdrożeniu tzw. “czterech wielkich reform”, 1 stycznia 1999 r. wszyscy obudziliśmy się w domu wariatów. Nic nie działało, nikt nie widział w jakim urzędzie ma załatwiać jaką sprawę, kto finansuje jego leczenie, do jakiej szkoły posyła dziecko itd. Polskę wówczas mogła zająć zbrojnie grupa skautów z Białorusi. Dziś PiS robi marsz przez sądy i ma swoje media, których uruchomienie również powoduje wrażenie pobytu na oddziale zamkniętym, ale jednak stan państwa i tak jest nieco lepszy niż 18 lat temu. Wtedy protestowała garstka ludzi, a ci sami, którzy krzyczą dziś krzyczeli i wówczas, ale były to ryki poparcia dla władzy, a nie sprzeciwu. Dziś stanęli na barykadzie udawanego sprzeciwu, bo się wkurzyli, że dłużej nie mogą sunąć peanów, a przecież mają do tego prawo, tak jak biznesmen do rąbania swoich pracowników na forsę. Nowy kapitan tej drużyny spod PRL-owskiej celi, która była widać zbyt wygodna, niejaki Frasyniuk, coś o tym wie.

Bieżące ekscesy wokół sędziów SN i śmieszna próba obalenia konstytucji ustawą, które odczyniają rządzący są żałosne i głupie. Trudno już powiedzieć czy to dlatego, że po prostu poszli na Wielką Wojnę Ojczyźnianą przeciw sędziom w ogóle, czy dlatego, że uwierzyli w swoją własną spiskową propagandę, czy może dlatego, że chcą pokazać demokratystom jakimi są nieudacznikami i jak bardzo mogą być tu rozgrywającymi śmiejąc się z wrzasków i pisków złych mieszczan.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że to wszystko się na dłuższą metę nie uda, bo pędzący po wojennej ścieżce PiS zamota się w wielości frontów walk przeciwko “układowi” i “czerwonej pajęczynie” (ach, czy dziś ktoś jeszcze pamięta tę pierwszą romantykę polityczną Kaczyńskich?) i zostanie przez wyborców zapakowany w kaftan bezpieczeństwa i odwieziony żółtą karetką gdzieś na peryferia systemu politycznego. Oczywiście obóz demokracji, mądrości i piękna, nie macie żadnej odpowiedzi na pytanie co dalej, ale co tam. Dzień po rewolucji się zobaczy, najwyżej odwali się jakiś TKM; będzie tak jak teraz, tylko ładniej.

Nie boję się PiS-u, ani ministra Ziobry, bardziej niż bałem się poprzednich stronnictw czy ich luminarzy. Bezczelność nie jest kategorią polityczną i jej występowanie nie może u człowieka dorosłego odgrywać decydującej roli przy politycznych wyborach. Niemniej, jestem zdania, że warto zademonstrować sprzeciw wobec takiego stylu rządzenia, który naprawdę robi się dosadny. W takich okolicznościach, nawet ja byłbym skłonny bronić trójpodziału władzy, ale nie zrobię tego, bo nie mam  z kim. Po prostu wstyd stanąć w jednym szeregu z dzisiejszą opozycją, tak jak z tymi przeciwko którym protestuje.

Po ekscesach PiS-u przyszedł czas na ekscesy “opozycji”. Najpierw znajomy zaprasza mnie na demonstrację organizowaną przez KOD. Myślałem, że to chore dziecko transformacji zmarło śmiercią naturalną z powodu oczywistych wad genetycznych, ale okazuje się, że jeszcze dycha. Organizacja, której szefował alimenciarz i drobny złodziejaszek, której artystyczny menedżer ma zarzuty o handel ludźmi, która jest jednym wielkim nieporozumieniem politycznym i symbolem triumfu PiS-u dziś zaprasza mnie protest przeciwko rządowi.

Wrodzy Demokraci, z czymże do ludzi? Naprawdę uważacie, że cały ten tzw. naród polski jest, aż tak tępy? Że jego większość się na was nabierze? Nie, pójdą tylko antyfanatycy PiS-u, którzy uważają, że żaden zawodowy obywatel, niezależnie od tego co zrobi i powie nie jest w stanie się skompromitować, więc Kijowskiego, Schetynę i im podobnych będą na zawsze kochać miłością pierwszą, piękną i czystą, dokładnie tak jak kocha się też Rydzyka. Nie podoba mi się to co robi PiS i zasługuje to na wszelką krytykę, ale ja na pewno kibolem demokracji nie zostanę, nie będę moherem a rebours w Waszych białych sotniach.

Następne zlądowało u mnie zaproszenie “w obronie wolnych wyborów”. Z początku nie zrozumiałem o co chodzi, bo PiS jednak wybory to ma póki co w kieszeni z taką opozycją. Doczytałem się, że chodzi o Sąd Najwyższy, który, rozstrzyga między innymi o ważności wyborów. Pomyślałem sobie, że to niezły trick, bo do wyborów już się trochę ludzie przyzwyczaili i rzeczywiście jest to ostatni już mechanizm o czysto demokratycznym charakterze.

Niestety, gwiazdą protestu przeciw PiS i nowym porządkom w Polsce okazała się była dziennikarka “Gazety Wyborczej”, która opowiadała o swoim kombatanctwie, którego nabyła zostawszy pojmana przez straszliwy reżim chytrego mińskiego baćki. I znów nie wiem czy to głupota czy może zwyczajna rusofobia wybijajaca tym razem na Białoruś. Nie lubię Łukaszenki, ale nie cenię też białoruskiej opozycji, która składa się z głównie z podobnych do polskich nacjonalistów albo liberalnych cymbałów na pasku Zachodu, którzy nie mają tam żadnych szans. W każdym razie przekaz jest taki, że Kaczyński jest podobny do Łukaszenki, co jest ewidentną nieprawdą, a dola umęczonego narodu polskiego może stać się tak katastrofalna, że osiągnie nawet – choć nie daj przecież boże – poziom okrutnej postradzieckiej represji jaką Białoruś zarezerwowała specjalnie dla luminarzy wiadomego dziennika.

Jest to bzdura, w Polsce Kaczyński nigdy nie osiągnie takiej legitymacji, by mógł utrzymać władzę pół-dyktatorską czy nawet stabilnie autorytarną. Będzie co najwyżej bieda-autorytarystą jak jego idol Orban, a może nawet i nie to, bo ten drugi cieszy się większym poparciem i może straszyć Jobbikiem (stronnictwo nazistowskie o niemałej popularności), a Kaczoran tylko jakimiś fantazmatami.

Nie bardzo wiadomo po co w to wszystko mieszać Łukaszenkę i “Gazetę Wyborczą”, czyli jedno zjawisko, które nikogo nie interesuje i drugie którego ludzie masowo nienawidzą. Dużo lepiej byłoby zaatakować PiS odwołując się właśnie do Węgier, na których to Kaczyński się otwarcie wzoruje. Żeby przytrzeć mu nosa można by pokrzyczeć o USA, które on także kocha i pohuczeć na Trumpa, odwołać się do McCarthy’ego. Powiedzieć coś o Snowdenie, o Assange’u, którego władze amerykańskie i brytyjskie uwięziły przecież w Londynie, w ambasadzie Ekwadoru. Nawiasem mówiąc w USA, na przełomie prezydenckich kadencji, też rozegrał się skandal z nominacją jednego z sędziów tamtejszego SN.

Jeżeli tego byłoby mało, to w uroczym odwodzie mamy genialny pod tym względem przykład turecki. Media kilka miesięcy temu rozpisywały się z taką ochotą i w takiej ilości o marszu Erdogana przez system sprawiedliwości, że sypać drastycznymi przykładami można by jak z asami z rękawa. Poza tym byłaby to krytyka o wiele bardziej wiarygodna i znacznie lepiej ukierunkowana.

Z Białorusią Polska nie ma niczego wspólnego. „Gazeta Wyborcza” i kłaniające się jej wszystkie poza bieżącym rządy konsekwentnie niszczyły wszelkie bilateralne relacje, w każdym wymiarze i wzniecały wzajemną wrogość co doprowadziło do powstania nie wartej nawet śmiechu propagandowej platformy pod nazwą TV Biełsat. I to tyle. Tymczasem Turcja jest w NATO, czyli w zbiorze państw, którego kierownikiem politycznym są Stany Zjednoczone. To oznacza, że w tym zachodnim, wolnym i demokratycznym do granic ludzkiego pomyślunku konglomeracie możliwe są takie hekatomby jak właśnie turecka czy też przywołana wcześniej patologia węgierska.

Nie chcemy Erdogana czy Orbana na polską miarkę plus siarczyste przykłady to byłaby moc. A tak Razem samo, bezmyślnie podkłada się rządowej narracji, która swojemu elektoratowi (o który Razem, mam nadzieję, wciąż zabiega) już wytłumaczyło, że to żadna tam inna opozycja tylko po prostu jakaś grupa krzykaczy, która gardłuje o wolnych wyborach fałszywie, po to by móc uprawiać etos „Gazety Wyborczej”.

Osobiście obawiam się czegoś gorszego, a mianowicie, że nie była to chęć głupawego ukłonu w stronę Czerskiej, tylko zwykła rusofobia, dla której mantra o siermiężnych reżimach w Mińsku i Moskwie jest po prostu listkiem figowym. Jeżeli tak jest (wszak to jedynie moje przypuszczenie), to dobrze, że fioletowi się przynajmniej maskują, bo polit-biuro Krytyki Politycznej już chyba odpuściło pozory.

Dowodnym przykładem niech będzie opinia jednego z jej luminarzy, którego uwiera „zruszczenie” polskiej przestrzeni publicznej o proweniencji jeszcze rozbiorowej. Potwierdzać się  to ma w dostrzeżonym przez tegoż podziale na „dobrego cara” i „złych bojarów”, którzy przeciw batiuszce występują w obronie swoich niesprawiedliwych przywilejów. Winna jest także „kultura folwarczna” symbiotycznie z rzeczony „zruszczeniem” powiązana.

Już ten jeden wątek jest pięknym obrazkiem, który demaskuje bardziej inteligentne skrzydło opozycji. Dostojni niekrzykacze, subtelne beksy lejące wysoko-publicystyczne łzy nad pękniętym wazonikiem z III RP i kwiatkiem transformacji, dostojni dżentelmeni po których poznać ich socjalne dysfunkcje idzie tylko podczas przypadkowego spotkania w tramwaju czy na ulicy, naśladujący „Gazetę Wyborczą” jak trzyletnie dziecko starsze rodzeństwo, polscy panowie na mikro-saloniku zawodowych obywateli, brzydzący się ruskim barbarzyństwem i wschodem, banda oświeconych ksenofobów, którzy i biało-czerwoną tabletkę z napisem „patriotyzm” łykną gdy starsi i mądrzejsi rozkażą w swoich felietonach, jako im się z pastylką owiniętą w amerykańską flagę nie raz zdarzyło. O, żeby Was schlag!

„Zruszczone”, to takie, któremu odjęto cywilizacyjne przymioty białego człowieka, a w którym pozostało tylko zdemonizowane przez Ziemkiewicza „folwarczne” pochodzenie. Kto wie, może na którymś etapie się ono jakościowo podobne do tego czarnej ludności w dawnym RPA?

To jednak nie jedyny kierunek patologii nowoczesnych dziwactw uchodzących w Polsce za lewicowe. Poza oczywistymi oczywistościami, które z właściwą sobie prostolinijnością serwują źródełka dykteryjek człowieka przyzwoitego certyfikowanych przez Adama Michnika, ale też nie sposób wszystkich zacytować i opisać. Postmodernizm zrobił swoje i wspólnie z tymi, którzy są dziś KOD-em, dał nam PiS.

W wyniku tego mamy to co mamy. Relatywizuje się oczywiste zbrodnie transformacji, na rzecz – skądinąd uzasadnionej – paplaniny o praworządności i sądach. Na pniu sprzedaje się ludzi, którzy popadną w pewną biedę po zwycięstwie „zjednoczonej opozycji”, po to by wrzeszczeć o demokracji, oko przymyka się na oczywiste moralne zło, które nią kieruje.

To nie komedia czy tragedia, to po prostu człowiecze bankructwo.

Naczelnymi kadrowcami awangardy boju o wolność i demokrację oraz wszelkie dobro metafizyczne (bo nawet idiota wie, że o materialne się nie biją) jest trzech samców, z czego jeden były pracownik Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu Leninizmu przy KC PZPR, który na kilka lat stał się kapitalistycznym dyktatorem republiki i doprowadził jej społeczeństwo do dziadostwa, drugi to cebulak, który nie ma pojęcia o polityce, ale pięknie, romantycznie, jak przystało na prawicowca, rżnie dzieci na alimentach i własną organizację na fakturach i prawnika od siedmiu boleści, który wydał wyrok na Dudę twierdząc, że na pewno pójdzie siedzieć jeśli podpisze ustawę.

Kto nie wyczuwa w tym nieporozumieniu na brzegu szmaba – mówiąc z medyczna – czynnika awersyjnego ten jest poznawczym impotentem albo zdrajcą elementarnej ludzkiej moralności. I niech idzie do diabła.